Rok 2000. Cztery lata do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jestem młodszym inspektorem w Pionie Ochrony Informacji Niejawnych jednej z instytucji powołanych do ścigania przestępstw celno-gospodarczych. Odpowiadam za bezpieczeństwo jednostki – w praktyce oznacza to cztery ustawy naraz: o ochronie informacji niejawnych, o broni i amunicji i materiałach wybuchowych, o ochronie danych osobowych, o ochronie osób i mienia. Żadnej metodyki. Żadnego standardu. Tylko te cztery akty prawne i tyle rozsądku, ile ma 23-latek.

Szef wzywa mnie do siebie. Zlecenie: audyt nowej siedziby jednostki terenowej w Przemyślu. Wiek miałem niewielki, ale – jak to się dziś nazywa – „spojrzenie holistyczne” już wtedy podobno było widać. Jadę.

Na miejscu oglądam koncepcję stref bezpieczeństwa i krytykuję ją bez ogródek. Proponuję rozwiązanie synergiczne – łączące ochronę kancelarii tajnej, czytelni dokumentów niejawnych i magazynu broni. Dobre rozwiązanie. Ale to nie jest najlepsza część tej historii.

Najlepsza część stoi na ostatnim piętrze, wciśnięta w narożnik. Zabudowa z płyt karton-gips. Obok oparte o ścianę drzwi pancerne najwyższej klasy odporności na włamanie. Nie mam pojęcia, co to za pomieszczenie, więc rzucam, zadowolony z siebie:

– Ale świetny pomysł na schowek na szczotki. Zawsze z tym problem.

Szef regionalnej jednostki patrzy na mnie spokojnie:

– To jest magazyn broni.

Zdębiałem. Ściany, które można przejść jednym kopem, zabezpieczone drzwiami w klasie, która ma sens tylko wtedy, gdy reszta konstrukcji też coś jest warta. Odpalam:

– Przecież tego nikt nie dopuści. Na pewno nie wojewódzka.

(Wojewódzka Komenda Policji nadzorowała wtedy magazyny broni.)

– Mam tam znajomego, będzie dobrze – odpowiada szef jednostki.

I tu wychodzi ze mnie 23-latek, którego ktoś popełnił błąd wysyłając samego na taki audyt:

– Dziś pan jest, jutro pana nie ma.

Doświadczenie i przygotowanie miałem ponad standard jak na wiek. Pokory – jeszcze nie.

Dwa dywaniki

Wracam do centrali. Czekają mnie dwie rozmowy.

Pierwsza – mój szef, łagodniej, ale konkretnie. Tłumaczy, że jako wysłannik centrali nie powinienem mówić lokalnemu dowódcy, że „dziś jest, jutro go nie ma”. Bo on to usłyszał jako zapowiedź wniosku o jego odwołanie, nie jako ostrzeżenie. Pierwsza lekcja komunikacji w audycie: trafna diagnoza i trafny ton to dwie różne umiejętności, i można mieć jedną bez drugiej.

Druga rozmowa – na ostro. „Dyrektor finansowy” zjeżdża mnie od góry do dołu, aż główny szef musi go uspokoić. Powód: był już rozstrzygnięty przetarg na starą aranżację stref, a ja w raporcie zmieniłem koncepcję i napisałem wprost, że przyjęte rozwiązania są – oględnie mówiąc – nieprzemyślane. To były czasy, kiedy przepisy o odpowiedzialności w administracji rządowej dopiero raczkowały, a strach przed konsekwencjami był ogromny. Mój raport oznaczał kłopot.

Młodość odzywa się drugi raz. W momencie, gdy główny szef studzi dyrektora finansowego, ja dorzucam:

– To trzeba było na początku skonsultować się ze specjalistami od przepisów i wymagań, a nie potem.

Dyrektor finansowy najchętniej by mnie wtedy zabił. Na szczęście akurat byłem uzbrojony – to jedyny powód, dla którego ta historia kończy się anegdotą, a nie czymś gorszym.

Co z tego zostało

Dwie rzeczy przetrwały tamten wyjazd dłużej niż wstyd za własną buńczuczność.

  • Pierwsza: nauczyłem się, że audyt to nie tylko trafna diagnoza, tylko trafna diagnoza podana w sposób, który nie robi z audytora wroga. To wciąż jest pierwsza rzecz, której uczę na szkoleniach MAB.
  • Druga, ważniejsza: to był moment narodzin Fazy I. Od tego wyjazdu nigdy więcej nie pojechałem na audyt bez wcześniejszego wniosku o dokumentację – bez sprawdzenia, co jest w dokumentach, na jakich założeniach stoi obiekt, zanim w ogóle tam wejdę. Gdybym wtedy znał dokumentację jednostki w Przemyślu, magazyn broni w ściankach karton-gips nigdy by mnie nie zaskoczył – widziałbym to na papierze, zanim zobaczyłbym to na własne oczy.

Robotę ostatecznie wykonano tak, jak zaproponowałem. A „prawie zwolniony” dowódca jednostki, gdy spotykaliśmy się później w centrali, traktował mnie jak najlepszego kumpla. Bo finalnie wskazałem mu, jak spokojnie spać – dosłownie, biorąc pod uwagę co stało w tym karton-gipsowym narożniku.

Tamten wyjazd nie dał mi metodyki. Dał mi pierwszy krok do niej – regułę, której trzymam się do dziś, dwadzieścia kilka lat i ponad tysiąc audytów później: najpierw dokumenty, potem teren.


To pierwszy wpis serii „Kulisy MAB” – historii z dwudziestu kilku lat audytów, które złożyły się na metodykę. Pełna oś czasu MAB: audytbezpieczenstwa.pro/historia

Wszystkie artykuły